„i love the quite of the night time
when the sun in the deathly sea
i can feel my heart beating as i speed from
then sense of time catching up with me
the sky set out like a pathway
but who decides which path we take
as people drift into a dream world
i close my eyes as my hands shake and when i see a new day
who's driving this anyway
i picture my own grave
cause fears got a hold on me
so frightend of dying
relax yes im trying
this fears got a hold on me”
„Ciągle powtarzałeś mi, że nie jestem słaby, a sam okazałeś się być cholernym tchórzem. Dlaczego? Wciąż zadaje sobie to pytanie i wciąż nie otrzymuje na nie odpowiedzi.”
Zamknął notatnik oprawiony w czarną skórę. W lewym, dolnym rogu widniały trzy litery R.A.B. Raven przyniosła mu już trzecią Whisky.
- Po co to piszesz? – spytała, siadając naprzeciw niego. Miała podkrążone oczy. Jej falowane włosy w kolorze gorzkiej czekolady związne były w nieskładnego koka.
- Tak jest łatwiej – rzucił.
- Ale czy przyjemniej? – podiósł na nią wzrok. Bawiła się naszyjnikiem, który miała na sobie. Jeśi ten skład rzeczy znalezionych można było nazwać naszyjnikiem. Było tam dosłownie wszystko, od zardzewiałych kapsli, po kolorowe koraliki, muszelki i guziki. A na honorowym miejscu błyszczała srebrna podobizna kruka. Regulus nie mógł oderwać od niej wzroku. Była taka piękna. Błyszcząca, przyciągająca jak magnes.
- Padam z nóg – Raven zdjęła stare tenisówki i zaczęła masować sobie stopy.
- Dlaczego przychodzisz tu codziennie? Nie masz nic lepszego do roboty? – zakończyła z lekko ironicznym uśmieszkiem na zaczerwienionej od wysiłku twarzy.
- Lubię ludzi. Lubię się im przyglądać.
- Ale kłamca! – zaśmiała się perliście, odrzucając przy tym, teatralnym gestem, głowę do tyłu.
- Gdybyś lubiał ludzi rozmawiałbyś z nimi, a nie przesiadywał samotnie w ciemnym kącie i pisał sekretny pamiętnik. – Regulus uśmiechnął się pod nosem. Wyjął papierosy z tylnej kieszeni spodni i odpalił jednego.
- Skąd wiesz, że z nimi nie rozmawiam? – syknął, pomiędzy jednym a drugim zaciągnięciem, rzucając jej pytające spojrzenie. Raven zwęziła oczy w szparki, prychnęła jak rozjuszona kotka i odeszła z wysoko podniesioną głową – jak księżniczka.
Regulus był z siebie niezmiernie dumny. W końcu udało mu się wyprowadzić ją z równowagi, a był to widok bezcenny. Jednak nie na długo. Wszędobylska Raven nie wytrzymała zbyt długo bez milczącego towarzysza, któremu mogła zwierzać się do woli.
- Te arystokratyczne bubki myślą, że cała jestem do ich dyspozycji, że mogą dostać wszystko tylko na skinienie tego wypudrowanego palucha – wyrzuciła na jednym wydechu, znów dosiadając się do jego stolika. Regulus ani słowem nie skomentował jej słów o bubkach-arystokratach. Poniekąd się z nią zgadzał. Raven dalej paplała jak najęta, a on siedział wpatrując się w jej oczy, które były tak czarne i tak puste jak noc…albo cisza. Tak właśnie wyobrażał sobie ciszę. Więc siedział tam; naprzeciw tej dziewczyny ze słowotokiem (który zapewne był wrodzony, nieuleczalny i definitywnie sprzężony z płcią), w tym zapchlonym barze, w którym śmierdziało tanim alkoholem, jeszcze tańszą trutką na szczury pomieszaną z dymem, potem i jeszcze paroma innymi bardziej ohydnymi rzeczami i myślał, że to jest najpiękniejsze miejsce na świecie. Dużo bardziej przyjemne i przypominające dom, nawet z tymi rozwalającymi się krzesłami i brudnymi szklankami, niż wyperfumowana rezydenjca na Grimmauld Place 12. Tamto miejsce już dawno przestał nazywać swoim domem.
Był pierwszy września 1971 roku. Największa burza jąką kiedykolwiek widział w swoim życiu, przetaczała się właśnie nad całym Londynem. Niebo było sinoszare i zachmurzone. Ciężkie chmury, z których strumieniami lał się zimny deszcz, przysłoniły całkowicie ostatnie promienie słońca. Zapadła ciemność. Było niemal tak ciemno jak w nocy. Grzmot uderzył gdzieś niedaleko. Nie zagłuszył go nawet dźwięk stojącego nieopodal, czerwonego pociągu. Regulus rozglądał się nerwowo dookoła. Spoglądał na tysiące twarzy podobnych do niego czarodziei. Ktoś nagle ścisnął jego rękę.
- Już czas. Muszę lecieć – usłyszał nad głową. Podniósł przestraszony wzrok do góry. Syriusz, o głowę od niego wyższy, ściskał w prawej ręcę klatkę z czarnym ptakiem. Uśmiechał się radośnie. Ale jemu nie będzie teraz do śmiechu.
- Puść mnie Reg. Niedługo wrócę. Obiecuję.
Regulus niepewnie puścił rękę brata, wtedy matka przytrymała go za ramiona. Syriusz szybko się pożegnał i już go nie było. Wsiadł do czerwonego pociągu, który zawiezie go do Hogwartu. Tysiące, miliony mil od ponurego, deszczowego Londynu. Młodszy Black otarł łzy wierzchem dłoni i gdy tylko pociąg ruszył wrócił razem z matką do domu.
A wieczorem przyszedł list. Ze szkoły, od Syriusza. Dostał się do Gryffindoru.
I to był koniec jego świata.
Namiastki domu, jaką kiedykolwiek miał.
- Reg? Słyszysz mnie? Halo, tu Ziemia do Regulusa! – Raven machał mu ręką przed nosem. Jak długo nie było go tym razem?
- Co?
- Pytałam czy nie idziesz do domu? No wiesz, spać? To jest to co robią normalni ludzie. A ty podobno jesteś normalny.
- Co? – spytał ponownie, bo nie dotarło do niego ani jedno jej słowo.
- A widzisz! – klasnęła w dłonie. – O tym cały czas mówię! To nie jest normalne. Naturalne ludzkie zachowanie polega…
- Naturalne zachowanie nie jest niczym innym jak pozą, i to pozą najbardziej drażniącą jaką znam. – To mówiąc wstał i wyszedł z „Dziurawego Kotła”, pozostawiając Raven samą przy brudnym stoliku, bez butów i z otwartą buzią (co zresztą nie było rzadkością).
Ciemne uliczki i podejrzane zaułki Londynu zawsze go uspokajały. Pozwalały pozbierać skołatane nerwy do kupy. Spotykając tu setki przeróżnych indywiduów, Regulus utwierdzał się tylko w przekonaniu, że to co robi nie jest jeszcze najgorsze. Zawsze szukał usprawiedliwienia dla swoich czynów i tego kim jest. Kim się stał. Nie mógł znieść myśli, że jest taki, bo taki chce być, a nie musi.
Dziś musiał przemyśleć coś jeszcze. Dostał propozycję. Nie. Dostał rozkaz. Od Czarnego Pana. Dziwne, bo Czarny Pan nigdy niczego nie potrzebował, a już zwłaszcza czegoś tak plugawego i zwykłego jak – skrzat. Czarny Pan chciał Stworka. Regulus zdawał sobie sprawę, że jest to zaszczyt dla niego i całej rodziny i że ojciec pewnie pęknie z dumy jak tylko się dowie. Jednak było coś dziwnego w tym żądaniu. Coś podejrzanego. Coś czego Regulus nie mógł pojąć. Może gdyby…Nie, to niemożliwe! Jak w ogóle mógł tak pomyśleć! To niedopuszczalne, nie po tym co zaszło.
Chciałby z kimś o tym porozmawiać. Ale z kim? Raven odpadała na początku. Była za bardzo…normalna, by ją w to wciągać. Evan? Tylko, gdzie on się do cholery podziewa?! Regulus już od tygodnia nie miał żadnych wiadomości od swojego najbliższego przyjaciela. Co było dość dziwne, zważywszy na to, że mieszkali w jednym mieszkaniu. Jeśli można je tak nazwać.
Jego kroki odbijały się echem od mokrego bruku i ścian pomazanych przeróżnymi, mugolskimi rysunkami. Uliczki w Whitechapel były bardziej ciasne i ciemne, niż w innych dzielnicach Londynu. Może to ze względu na pochodzenie większości mieszkańców, może ze względu na ich wielką liczbę, a może ze względu na podejrzane zawody, jakimi większość z nich się parała. A tego typu uliczki tylko sprzyjały podejrzanym interesom. Regulus nie był wyjątkiem. Wręcz idealnie pasował do tego miejsca zapomnianego przez Boga, szczególnie ze swoją mała ułomnością, jaką czasami bywała magia. Więc teraz, idąc wzdłóż śmierdzących doków i słysząc krzyki rybaków i przydrożnych handlarzy, dochodzące z oklicznych pubów, czuł się na miejscu. Prawie jak w domu. Księżyc wyjrzał na chwilę zza chmur, oświetlając swym bladym blaskiem okolice. Regulus zauwarzył, że w sąsiednim zaułku dzieję się coś niepokojącego. Dochodziły stamtąd nadwyraz głośne krzyki. Westchnął ciężko, mnąc w ustach przekleństwo. Znów zamierzał wpakować się w kłopoty, a mógł podziękować za to jedynie swemu nadwyrężonemu i zbyt przerośniętemu sumieniu. Skręcił nieco w lewo, odbijając z głównej drogi. Szedł powoli, ale pewnie, starając się nie wywoływać zbyt dużego hałasu. Na końcu uliczki zauważył dwa cienie. Chyba mężczyzny i kobiety, sądząc po gabarytach. Przylgnął ramieniem do ściany i zacisnął dłoń na różdżce. Posuwał się naprzód, obserwując scenę rozgrywającą się przed nim. Kobieta, albo dziewczyna, znajdowała się w bardzo kłopotliwej i dość żenującej sytuacji. Natomiast napastnik był wyraźnie z siebie zadowolony. Śmiał się głośno i wykrzywiwał najbardziej wyszukane obelgi, jakie Regulus kiedykolwiek słyszał.
- Nie masz pojęcia z kim zadarłeś – Regulus usłyszał cichy, ale bardzo zdecydowany głos dziewczyny, która leżała na mokrym bruku, próbując się osłonić rękami.
- Kochanie, to ty nie masz pojęcia z kim zadarłaś! – mężczyzna podniósł głos, a Regulus rozpoznał w nim coś znajomego. Był coraz bliżej. Niemalże wyczuwał odór alkoholu, który wydobywał się z całego ciała mężczyzny pochylającego się jednoznacznie nad biedną dziewczyną.
- Zostaw mnie! – dało się słyszeć krzyk, który odbił się echem, po pustym zaułku. Dziewczyna najwyraźniej postanowiła zacząć się bronić. Szarpała się i kopała, ale mężczyzna nie dawał za wygraną. Widocznie bardzo chciał wyegzekwować, dzisiejszej nocy, od niej to na czym mu tak bardzo zależało. Przyparł ją całym swoim ciałem do podłoża. Regulus nie widział dokładnie co tam się działo w tej chwili, bo widok zasłaniał mu pokaźnych rozmiarów kosz na śmieci. Mógł się jedynie domyślać. Postanowił więc jak najszybciej wkroczyć do akcji. Wyciągnął różdżkę z kieszeni płaszcza.
- Drętwota! – krzyknął, celując prosto w plecy mężczyzny. Napastnik natychmiast zastygł w bezruchu, opadając całym ciałem na biedną dziewczynę. Black szybko podbiegł do niej i odrzucił zdrętwiałe ciało na bruk. Uderzyło w niego z głośnym łoskotem, ukazując zdziwione i nieruchome oczy mężczyzny w średnim wieku.
- Nic ci nie jest? – spytał dziewczynę. W uliczce nie było lamp i było dość ciemno, ale nawet teraz mógł dostrzec, to że dziewczyna była półnaga i nieźle potargana. Pochylił się więc nad nią, ściągając swój czarny płaszcz i podając go jej.
- Nie trzeba było. Poradziłabym sobie sama – mruknęła, biorąc płaszcz od niego.
- Właśnie widzę – syknął. Nie chciał być niemiły, ale czy on właśnie nie ocalił jej tego gołego tyłka? Ale nie trzeba dziękować, bo po co…
Dziewczyna podniosła się na nogi, z niemałym trudem, ale bez jego pomocy. Zaplotła ręcę na piersi i spojrzała na niego spode łba.
- No co? – mruknął, zakrywając nieruchome ciało, jakimś płótnem.
- To wszystko twoja wina.
- Tak wiem. Już mi to mówili. Globalne ocieplenie i korki to też ja – ironizował. Ale czemu? Czemu ona nie była przerażona? Bo powinna. Przecież przed chwilą użył przy niej różdżki. Magi! Powinna być przynajmniej zaskoczona? Albo lepiej zemdleć. Po raz pierwszy spojrzał jej w twarz.
- Przyszłam tu przez ciebie. Zostawiłeś to w barze – Raven wręczyła mu czarny notatnik. Regulus zmarszczył brwi. Jeszcze nie dotarło do niego, że przed chwilą jakiś pijaczyna próbował ją zgwałcić.
- Masz gdzie spać? – wyrzucił tylko. Pokiwała przecząco głową. Wyglądała okropnie. Miała potargane włosy, gołe nogi i zadrapania na twarzy. Okryła się szczelniej jego płaszczem i podeszła bliżej.
- Skąd wiedziałaś gdzie mnie szukać? – szepnął.
- Nie wiedziałam. Wchodziłam do każdego baru. Aż natrafiłam na tego przystojniaka…- wskazała nogą na ciało, przykryte plandeką. – Resztę już chyba znasz.
Wziął ją pod rękę i ruszyli w dół ulicy, do jego mieszkania.
Było już dobrze po północy, gdy wreszcie dotarli na miejsce. W mieszakniu było pusto. Dlaczego go to nie zdziwiło? Wpuścił ją do środka.
- Ładnie…mieszkasz – wydusiła, siadając na kanapie zawalonej brudnymi rzeczami.
- Tak…wiesz, ostatnio zwolniliśmy gosposię, więc nie bardzo dajemy sobie radę. – Raven parsknęła śmiechem.
- Masz może jakieś…
- Czyste ubrania? – dokończył za nią. Skinęła tylko głową. Postarał się wyszukać coś najczystszego i najmniejszego co posiadał. Padło na czarny podkoszulek. Wskazał jej drogę do pomieszczenia, które oni nazywali łazienką, a sam zajął się porządkami. Już po paru minutach, można nawet było dostrzec podłogę, a po paru następnych kanapa i reszta małego salonu, nadawały się do użytku. Raven wyszła z łazienki z mokrymi włosami i czarnym płaszczem w ręcę.
- Dzięki – szepnęła, wręczając Regulusowi jego własność.
- Nie mogę zaoferować ci szczególnych wygód, ale myślę, że moje łóżko nie jest aż takie złe – powiedział, wskazując na drzwi w lewym rogu pokoju. Raven przełknęła głośno ślinę i nerwowo rozglądnęła się po pomieszczeniu. Black w mig pojął aluzję.
- Nie martw się. Ja prześpię się na kanapię – tu wskazał rzeczoną kanapę.
- Nie, nie o to mi chodzi… - Raven zaczęła się tłumaczyć.
- Nie ma sprawy – uciął Regulus i zaprowadził ją do swojego pokoju.
- Przytulnie – skomentowała i natychmiast weszła do łóżka. Była ubrana w czarną koszulkę Regulusa. I tylko w to? Regulus pokręcił głową.
- Czy ty… - bał się zapytać. Tak, bał się o to zapytać. Więc tylko odwrócił się na pięcie.
- Tak – odkrzyknęła mu Raven. – No wiesz…ten facet był bardzo…napalony.
- Żałuję, że użyłem tylko Drętwoty – Regulus zacisnął zęby.
- Dziękuje – szepnęła Raven, gdy wychodził z sypialni.
- Nie ma za co – burknął, zamykając drzwi.
Wczorajsze wydarzenia przez noc zaczęły nabierać nowych znaczeń. Regulus powoli zaczynał rozumieć pewne sprawy. Może to dzięki Raven, a może dzięki chwilom samotności, odbytym na przechadzaniu się po uliczkach Whitechapel i szukaniu kłopotów. Ale w końcu zrozumiał.
- Koleś nie ma mnie zaledwie parę dni, a ty już wykorzystujesz sytuację! – obudził go natarczywy głos Evana, dochodzący z bliska. Otworzył oczy. Jego kolega siedział przy stoliku i najzwyczajniej w świecie popijał sobie poranną kawę.
- Skąd to masz? – burknął Regulus.
- No wiesz z tym trzeba się urodzić, stary. Nic na to nie poradzę, że ja… - dostał poduszką, co spowodowało, że życiodajny płyn rozlał się po podłodze. – Hej! O co ci chodzi? – krzyknął Evan, próbując nieudolnie użyć zaklęcia, które usunęłoby czarne plamy.
- O kawę, głąbie! – odparł Regulus, podnosząc się do pozycji siedzącej.
- Ja zrobiłam – z kuchni wynurzyła się głowa Raven. Dziś miała na sobie nieco więcej niż jego koszulkę. Miała też jego bokserki. I włosy związane wysoko w koński ogon.
- Widzę, że znalazłaś moje bokserki – mruknął Regulus, wstając i zabierając Evanowi różdżkę.
- Oh, tak…przepraszam za to.
- No co ty, Reg! Dziewczyna chcę dobrze! Zrobiła nam tosty! Z dżemem! Uwierzysz w to! Nie jadłem dżemu od wieków! – Evan cieszył się jak dziecko.
- A dokładniej od skończenia Hogwartu – wtrącił Regulus. Reven uśmiechnęła się blado i zaprosiła go gestem do kuchni. Black westchnął ciężko i wsadzając sobie różdżkę za ucho, poszedł za przykładem swojego kolegi i udał się na śniadanie. Czuł się jednak nieco niezręcznie, siedząc w kuchni w samych bokserkach, co gorsza w obecności dziewczyny, która też nosiła jego bokserki. Evan mógł to źle odebrać. Co zresztą zrobił.